O tym i tamtym, o rzeczach dziwnych i nie
czwartek, 18 sierpnia 2011
UK fotki

Opuszczamy Ziemie Mazowiecką (uśmiech na zdjęciu, łza wzruszenia w oku ;) )

w Łodzi odkryliśmy dodatkowe źródło dochodu ;)


No i wyruszamy na podbój Anglii....

Spacerkiem po Rochester

Krzysztof w nowej roli ;)


Niczym anielska-angielska aureola ;)

Bo miejsce kobiety jest w budce ;)

Londyn

 

człowiek w czapie upolowany :))

Porozumienie warszawsko - łódzkie na ziemiach brytyjskich ;)

Relaks...

W drodze...

Foch na deszcz

jak widać skuteczny ;)

Hurraaaa jest armatka

Turystki na Poland Street

 

Niedziela w kościele ;) (Canterbury) 

Nagraj swoją spowiedź ;)


Jak my marzyłyśmy o takich pelerynkach...

focimy

no a później przy ognisku....

 

21:51, putikandia78 , Wczasy
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 sierpnia 2011
Anglia

W poniższym sprawozdaniu występują, tudzież przynajmniej powinni:
- gospodarze: Karolina, Kevin, Ala
- goście: Iw, Krzysztof, Katarzyna-Jadwiga
- dochodzący: Norma, Matthew, Will, Listonosz z Jamajki-David, Człowiek Obrazka, Kobieta w szlafroku, Dziewczyna Człowieka Obrazki, Elektryk z kanapy i ewentualnie inni ;)

ANGLIA
(spisane z pamięci, dwa tygodnie po powrocie)

Wtorek : Warszawa – Łódź – Londyn – Rochester
Kolektyw nie byłby sobą,  gdyby ot tak po prostu bezpośrednio teleportował się na miejsce wywczasu właściwego.  Jeszcze trochę i powstanie przewodnik po lotniskach Polski i okolic ;). No ale zanim lotnisko w Łodzi to wycieczka PKP i łza wzruszenia na granicy ziem mazowieckich. Oczywiście bez opóźnienia się nie obeszło, za dużo Andrzejów, a nawet Stefanów przed stacją docelową się kręciło. Na przystanku  Łódź Fabryczna postanowiliśmy się posilić przed dalszą podróżą i udaliśmy się do wyszukanej przez Krzysztofa restauracji chłopskiej, czy wiejskiej… 3 min po jej otwarciu, a że aromaty rodem z oboro-stajni, kolejne 3 min później lokal gastronomiczny wątpliwej woni opuściliśmy. Obiad zjedliśmy w pobliskiej Mexicanie. Źle nie było, ale mam wrażenie że kiedyś bywało smaczniej. Później szalony kierowca przetransportował nas, cudem w całości, na lotnisko, gdzie funkcjonariusze służb lotniskowych czy jak oni się tam zwą dość dokładnie, a nawet bardzo wnikliwie przeszukali mój bagaż podręczny, jako iż gdyż miałam „za dużo drobnych elementów na małej powierzchni”. Dziwni, ot damska torebka ;). Za to dzięki tym niewielkim rozmiarom mogłam ominąć kilka osób z kolejki do samolotu. W samolocie wesoło czas na umilały głupawe testy z Cosmo i inszej prasy kobiecej ;). A no i oczywiście już w samolocie Iw nabyła gift nr 1, zegarek w sensie.  Znalazłszy się już nad terytorium Wielkiej Brytanii pozwoliłam sobie wysnuć pierwszy wniosek dotyczący tego kraju, a mianowicie, że tenis ziemny musi być tu bardzo popularny. Z góry przy każdym prawie domostwie zamiast standardowego na cieplejszych wyspach basenu, był kort. No i wylądowaliśmy. Na powitanie oczywiście zagrała nam kapela góralska, po czerwonym dywanie przeszliśmy aż do samej białej limuzyny, a transparenty powitalne rozwieszone były wzdłuż całej trasy do Rochester...;)
No a później przy ognisku aż do świtu…

Środa: Rochester
Wstaliśmy, jak wstaliśmy kto by czas liczył. Pierwsze śniadanko oczywiście English breakfast ? Jako tako ogarnięci ruszyliśmy na przegląd okolicy. Spacer po głównej ulicy, wizyta w muzeum , zwiedzanie zamku i okolic. Był to również Dzień Debiutu Krzysztofa jako powoziciela wózka dziecięcego. Zimny wiatr od rzeki powiódł nas do domu, gdzie oczekiwała już radosna ekipa miejscowa.
No a później przy ognisku aż do świtu… ;)
Chyba był grill pod czujnym okiem Normy, a i chyba jeden kolega się obraził i więcej go nie widzieliśmy.

Czwartek: Londyn
Wstaliśmy, jak wstaliśmy… w godzinach wczesnopołudniowych odpaliliśmy drogą kolejową do Londynu. Jako, że podróżowaliśmy w ilości hurtowej (w sensie 4osoby) za bilety zapłaciliśmy połowę ceny normalnego biletu.  Nie był to znowu taki normalny bilet, tylko travel card upoważniający nas do przejazdu do stolicy i z powrotem, a także do korzystania z transportu miejskiego w Londynie. Full jazdy za ok 10 funtów. Na miejscu dziki tłum niezorganizowanych turystów, zorganizowanych turystów z Japonii i wszystkich innych… Duży kontrast w porównaniu z cichym i spokojnym Rochester. Po małym falstarcie na początek, w sensie dobry pociąg metra, tyle że w złą stronę J,  rozpoczęliśmy zwiedzanie. Jako, że przewodnik a i owszem jeszcze w Polsce nabyliśmy, ale nie zapakowaliśmy, nie mieliśmy specjalnego planu zwiedzania. Czyli w sumie jak zawsze zwiedzanie „ na żywioł”. Wylosowawszy z jakiegoś stojaka na dworcu mini mapkę turystyczna, rolę przewodnika wzięła na siebie Kacolina i tak kolektyw kroczył za nią w kierunku standardowych miejsc odwiedzanych przez turystów. Zaczęliśmy od Big Bena, na Tower Bridge finiszowaliśmy. W międzyczasie korzystając z naszej karty podróżniczej do oporu, aż prawie Iw ją zgubiła. Co ciekawe nie mogąc opuścić metra, pan pracujący tam, stwierdził że odwraca wzrok, a ona niech przechodzi na nielegalu ;). Zanim zdążyliśmy nabyć bilet zastępczy, w przepastnych Biedronkowych kieszeniach odnalazła się właściwa travel card. Tego dnia poczuwszy żołądki na plecach, przysiedliśmy na posiłek u jakiegoś Angusa co to mięcho dawał (takie sobie, ale w sumie ja to raczej bezmięsnie tam jadłam;) ). Dwa dni później zorientowaliśmy się, że to jakaś sieciówka, na każdym rogu się mieszcząca. No  cóż początkujący w nowym mieście ;) Po posiłku pierwsze pamiątkowe zakupy w Cool Britania. Sympatyczny sklep z prezenciorami.  No a później przy ognisku, aż do świtu… ;)

 Piątek: wycieczka nad morze
Jako, że  zapowiadał się bardzo słoneczny dzień postanowiliśmy udać się, jak to na wywczasie, nad morze. Wstaliśmy, jak wstaliśmy… nie specjalnie się spieszyliśmy, bo niefartownie tego dnia ktoś się rzucił pod pociąg i ruch kolejowy był wstrzymany Śledząc inf  w necie, w odpowiednim momencie ruszyliśmy na dworzec, zahaczając jeszcze o pub z paskudnym butelkowanym tyskim. Pociąg podjechał i radośnie przewędrowaliśmy kilka wagonów w poszukiwaniu miejscówki idealnej dla czwórki dorosłych, dziecka i wózka ;). Jak się chwilę później okazało zupełnie bez sensu to czyniliśmy, bo na następnej stacji pociąg zatrzymano i wszystkich poproszono o przesiadkę do inszego. Tym razem również przespacerowaliśmy się peronem wzdłuż całego pociągu, żeby znaleźć choćby stojącą miejscówkę. Podróżując w takim ścisku, nie mając gwarancji, że za chwilę po raz kolejny nie zmienią nam pociągu, wysiedliśmy w pierwszej nadmorskiej miejscowości, co to nazwy nie obczajam. Morze to jednak morze… Na obiad mieliśmy skosztować tradycyjnego fish&chips w przetestowanej przez Karolinę knajpeczce, ale niestety właśnie jacyś weselnicy się tam bawili… no nie był to nasz dzień. Zjedliśmy niedaleko, przy plaży, na tarasie z widokiem na morze. Małe rybki  na przystawkę smakowite. W tym miejscu plaża jakby kamienista, więc zapakowaliśmy się do pociągu i pojechaliśmy na piaszczystą plażę w Broadstairs, akurat był odpływ, jak już wspomniałam nie był to nasz dzień ;)
No a potem przy ognisku, aż do świtu… ;) Nie wiem, czy nie był to wieczór męskiego gotowania, znaczy się trzeba było pilnować szalonego listonosza co by tylko jedną ostra papryczkę wrzucił do garnka ;)
Wspomnę jeszcze o naszych problemach ze słuchem:
- Iw z wypowiedzi Karoliny o robieniu kanapki na drogę dla młodej, zrozumiała tyle, że nie opłaca się robić, bo Ala lubi sobie coś z chodnika zjeść ;)
- Karolina rzecze do dziecka, choć Ala założymy butki, Jadwiga słyszy choć Ala napijemy się wódki ;)  Dziecko ma fart, że kolektyw jej nie wychowuje, bo normalnie wódka od rana i jajka na asfalcie smażone ;) 

Sobota: Londyn
Wstaliśmy, jak wstaliśmy , mimo deszczu po raz kolejny udaliśmy się do Londynu.  Standardowo mały falstart zaliczyliśmy, bo zamiast travel card, zakupiliśmy zwykłe bilety (ale wymieniliśmy), no i do inszego pociągu się wpakowaliśmy (też wymieniliśmy). Tego dnia wiedzieliśmy, że po prostu chcemy się zgubić. Jakoś w okolicach dworca spełniłyśmy z Iw swoje marzenie o posiadaniu foliowego ponczo z flagą brytyjską J. Chwile później potknęliśmy się o wypaśną  mapę i tak jakoś poszliśmy… przez pół miasta. Serio poszliśmy, a travel card się w kieszeniach marnowała. Ale tak szliśmy, słonko się pojawiło, gdzieś skręciliśmy, gdzieś zawróciliśmy… China Town, Soho, Oxford Street…. Krzysztof ma zrobić skan z mapa naszej wędrówki. Podaliśmy się pod koniec, chcieliśmy busem-piętrusem się przejechać, ale niestety akurat w sobotę na tej trasie nie jeździł L, cóż te kilka przystanków do dworca metrem przejechaliśmy. Tego dnia zgodnie wybraliśmy włoską kuchnię i zasiedliśmy w knajpeczce gdzieś w Soho chyba. Ależ było pysznie… i śmiechowy Włoch pokrzykujący na klientów w przerwach nucenia hitów Erosa Ramazzotiego. Polecamy J
Wypadało by napisać, że później przy ognisku aż do świtu… ale nie tym razem. Ten wieczór spędziliśmy w pubie pod zamkiem, gdzie między jedną, a drugą kolejką mieliśmy oglądać pokaz fajerwerków. Mieliśmy, ale znowu te drzewa…. A bo o drzewach jeszcze nie było. Zatem w wielkim skrócie: nie do końca orientujemy się jakie widoki są za oknem pociągu, tudzież na pokazie sztucznych ogni, bo jak coś wzrok nasz urodą swą ściągało, to zaraz jakieś krzaczory znacznie ograniczające widoczność się pojawiały J
No a później aż do rana, już bez ogniska (chyba spalili wszystko, co było do spalenia ;) )

Niedziela: Cantenbury
W niedzielę, jak na grzeczne dzieci przystało wybraliśmy się do kościółka ;) Tym razem bez pomyłek kolejowych, choć z przesiadką, ale zaplanowaną. Tego dnia testowałyśmy z Iw nasze peleryny, bo cosik jakby z nieba, dość intensywnie czasem , kapało.  Na początek zaliczyliśmy jakiś zrujnowany zameczek, potem rzuciło nas na mały szoping, no a potem to już Katedra. Robi wrażenie. Jak poczuliśmy głód ciężko było znaleźć jakiś czynny lokal, ale udało się. Co prawda ponownie była to kuchnia włoska, ale zupełnie inny klimat niż dnia poprzedniego. Niemniej jednak równie samcznie. Ba nawet Krzysztof, zwany też na tym turnusie Krzysztofikiem zamówił deser.  Okazało się, że oprócz problemów ze słuchem, kolektywowi wzrok szwankuje, w efekcie czego Iw w lokalu gastronomicznym zamawia piwo peperoni, no dobra, wiemy, że dziewczyna lubi na otro ;) Wieczorkiem kolacja przygotowana przez Normę przy pomocy Davida (?), czyli odrobina Karaibów na stole J. Norma jest niezła w gotowaniu J

Poniedziałek: Chatam
Ostatni dzień postanowiliśmy poświęcić na zakup pamiątek i utrwalenie pobliskich krajobrazów. Przespacerowaliśmy się wyjątkowo pustą główna uliczką Rochester,  to i owo kupiliśmy. Krzysztofik np. jako typową pamiątkę z Wysp, zakupił sobie tablety regeneracyjne czy coś w podobie dla pakerów ;). Zahaczyliśmy o katedrę, bo poprzednio cos się tam działo i oglądaliśmy ja tylko z góry. Będą w punkcie informacyjnym, podjęliśmy decyzję, że odwiedzimy Dickens World, który jak się okazało  niby w Rochester, ale raczej w Chatham. Pani Informacja lekko zdziwiona, że chcemy standardowo po kolektywowemu uderzyć tam z buta. Jakoś nas to nie obeszło. Ekipa miejscowa, dowiedziawszy się o naszym spacerku londyńskim okazała wystarczające zdziwienie.  O ile wcześniej mogli przypuszczać, że trochę szaleni jesteśmy, to ten wyczyn utwierdził ich w tym przekonaniu ;). Cóż spacery są chyba tam mało popularne. Wysnułam nawet wniosek, że to przez te parki, bo można się byle gdzie rozłożyć i już, a u nas jak idziesz do takich Łazienek to  nic tylko chodzić pozostaje, bo wszystkie ławki już obsadzone ;)). Ale wracając do wycieczki. Udaliśy się na czuja, niby z mapą, ale mało przydatną, bo ulice jakieś nieoznakowane. Pokręciliśmy się, pobłądziliśmy i  poddaliśmy się. No trudno wujka Charlesa innym razem odwiedzimy. Na pocieszenie poszliśmy na jakiś szoping. Z jedzeniem kiepsko było, bo tylko jakieś fast foody. Po drodze jeszcze jedna kolejka w pubie. Piwo z kija, wino z kija… Pakowanie i kolacja pożegnalna w stylu tajskim. No a później bez ogniska, ale aż do świtu…

Wtorek: Rochester- Londyn – Łódź – Warszawa
Mam wrażenie, że ledwie zamknęłam oczy, a już dzwonił budzik. Półśpiąca ogarnęłam się i gotowa do śniadania zeszłam na dół, gdzie Krzysztofik poinformował mnie, że wstałam wg czasu polskiego, czyli godzinę za wcześnie. Nawet nie miałam siły zawlec się z powrotem dwa pietra do góry, gdzie stacjonował mój materac. Zresztą już bym nie wstała. Jeszcze tuz przed wyjazdem, w tempie ekspresowym wypisywaliśmy kartki i biegałam do skrzynki, dwa domy dalej. Drogi na lotnisko nie pamiętam, bo spałam, podobnie zresztą jak Iw. Podczas odprawy, okazało się, że Krzysztofowy plecak po kilku odbytych lotach, nagle przestał spełniać warunki bagażu standardowego i musiał się nadać na lot w innym „okienku”. Po przejściach na lotnisku w Łodzi, Krzysztof rzucił z przekąsem w moja stronę, żeby się na przeszukanie nastawiała. Ale nie tym razem. Owszem zapiszczałam na bramce, ale jakoś niespecjalnie to kogoś obeszło. Za to reszta ekipy swoje odstała. Myślałam nawet, że ich na osobistą zabrali ;) Iw usiłowała przemycić sok pomidorowy, a Krzysztof nie wiadomo co ;) .Zastanawia mnie jeszcze, klucz wg którego każą niektórym ściągać juniorki przed bramką-wykrywarka, a innym nie. Małe zakupy na lotnisku i cudem potrójne miejsce w samolocie. W czasie lotu Iw dokładnie przeliczała wszystkie drobne i co chwilę coś zamawiała, chcąc się pozbyć żelastwa w portfelu ;). W Łodzi dość szybko dostaliśmy się na pociąg, ale odmówiliśmy zajęcia miejsc biletowanych w przedziale z niejakim Miśkiem Koterskim. Myślę, że dla jego dobra…. No i nie był to pociąg byle jaki, tylko EREKCJA relacji Łódź Fabryczna – Warszawa Wschodnia prowadzona przez gen. Jaruzelskiego ;) … wspominałam już chyba o problemach ze słuchem ;).

Tymczasem tyle, zdjęcia może niebawem...

14:19, putikandia78 , Wczasy
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 lipca 2011
Z - dzień siódmy

Na początek myśli nieuczesane: jakby palmiarze mieszkali pod nami Elajza założyłaby szpilki, a ja - Jadwiga byłam zmęczona siedzeniem w szafie...

Dnia siódmego zamiast świętować zaliczylismy, w sensie turystycznym, jedną stonę wyspy. Nadal uważamy, że nad drogowskazami mogliby odrobinę popracować.
Exo Hora - najstarsze drzewo oliwkowe na wyspie. Tawerna, która gwarantuje niepowtarzalny widok na zachód słońca, co w samo południe słabo widoczne ;) ale ma potencjał
Volimos - stoją i te szmaty sprzedają, czyli rekodzieło w ogródku
Do wiatraków nie udało nam się dotrzeć, ale od strony morza je widzieliśmy jak z jakiegoś portu do Blue Cave popłyneliśmy.
W svesce tego nie ma, ale zdaje sie, że tego dnia również zatokę wraku odwiedziliśmy - w sensie bardziej z powietrza niż z morza ;) tzn ogląd z góry był.
Pod koniec dnia 2769 = 118km. Niby mało, ale zmęczeni jesteśmy, pewnie przez te zakręty. Zdecydowanie wyspa powinna się Zakrętos nazywać.  Włosi których tu sporo pewnie jeżdzą po tych drogach i kurwa, kurwa... (czyli zakręt po włosku :) )

Poza samochodem Eliza odnalazła tabletki na drozność żył, sąsiadki  z Katowic zprezentowały nam materac i parasol,a Kate po dobrym kursie sprzedała 10 euro. Cóż najlepszy kurs przychodzi jak człowiek śpi. Po 5zeta jeszcze eurosy nie chodziły :)
Dodam jeszcze, że Elajza chciala mi awanturę zroobić, bo w ciemności myślała, że jej suknię przywdziałam, a ona ja trzyma na Święto Dionizosa.

00:20, putikandia78 , Wczasy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 lipca 2011
Z - dzień szósty

Trzeciego dnia piatego nie było, zatem dzień szósty - SAMOCHÓD.
Generalnie zagubieni, raz do góry, raz w dół. Jedyne dobre oznakowanie to do Zakhyntos ;), ale i tak kierunkowskazy w dziwnych miejscach ustawione i kiepsko widoczne.
Byliśmy w Keri, chyba jakoś nadrabiając drogę. Wioseczka mała, prawie bez turystów (tylko ci zbłąkani;) ), za to wyluzowane greckie dziadki. Potem prawie po sąsiedzku podziwialiśmy flagę  z rekordów guinessa, tzn największą grecką flagę na świecie. Na prawdę big. Chcieliśmy jeszcze do latarni morskiej, ale w połowie drogi poddaliśmy się. Zbrakło nam napędu na kółkach na górskiej drodze, co właściwie drogą nie była. W ramach rekompensaty udaliśmy się na małe co nieco zwane watermelonem, w knajpce nad urwiskiem, gdzie widoki powalające. Jakby kto pytał, czemu Polaków na wyspie mało, to wszyscy są właśnie nad urwiskiem. No wysyp jakiś i wcale nie dlatego, że bus z turystami podjechał. Po drodze potkneliśmy się jeszcze o 2 kościoły i piekarnię w miejscowościach, których za bardzo na mapie nawet nie oznaczono. Na deser tego dnia Zante Town, czyli stolica wyspy. Urokliwe miejsce. Porównywana do Wenecji i rzeczywiście trochę czuć włoski klimat. Jeszcze tu wrócimy :) w końcu wszystkie drogi na wyspie prowadzą do Zakintos ;)
Samochód na starcie 2591km, pod koniec wycieczki 2651 = 57km
Po powrocie, jak na ambitnych sportowców przystało siatkówka basenowa i małe co nie co w % mierzone ;)
Kolacja dla odmiany italiańska, a potem MojitoBar (skąd ta relacja była nadawana... tuszem na papier;)

No i jeszcze największe oburzenie tego dnia. Męski szowinizm w Hermesie, czyli w wypożyczalni samochodów. Szef był przerażony faktem, że to  ja- Jadwiga kobieta mam być głównym kierowcą na tym turnusie. Mocno namawiał Krzysztofa, ale z marnym skutkiem. Niby uspokoił sie na chwilę, że nie od od wczoraj jeżdzę, ale i tak na wypadek wypadku i inszych szkód (poza tymi objetymi ubezpieczeniem oczywiście) zamiast 200euro w wersji dla facetów mam na umowie 400, no bo kobieta. SKANDAL!

Jakoś marznę w tym tropiku ;)

 

23:59, putikandia78 , Wczasy
Link Dodaj komentarz »
Zante - dzień piaty (po raz drugi)

Hmmm zapętlilismy się, czy coś, ale ponownie przywitał nas na wyspie dzień piąty. Dla odróżnienia oznaczony hasłem "UWAGA NA PALMIARZY".

Ponieważ jutro ruszamy na podbój wyspy, a dodatkowo wczoraj nami nad morzem pomiatało, zostaliśmy przy basenie, żeby opracować subiektywny kolektywny przewodnik. Poszłyśmy z Iw pierwsze, bo Krzysztof miał do pogadania z panią sprzątajacą (zapewne chciał ja przekonać, żeby mu pranie zrobiła;) ). Ku naszemu zaskoczeniu, ludzi okupujących palmę od początku turnusu nie było. Doszłysmy do wniosku, że to idealne miejsce na pracę papierkową i zaległyśmy w cieniu liści palmowych. Nawet za bardzo nie wczytałysmy się w dostepne materiały n/t wyspy, jak się pojawili palmiarze. Wydawało sie, że jakoś przełknęli, że dziś będą z innej perspektywy basen oglądać...w końcu basen dobro ogólnodostępne, bez rezerwacji miejsc i loży vip'owskiej. Na zupełnym luzaku jak co dzień udałysmy się z koleżanką Biedronką na mały trening z biczą. My do wody, a palmowe ludki mym, myk i leżaczek w leżaczek z naszymi. No ja wiem, że nie lada atrakcję stanowimy, ale bez przesady... nad basenem puchy, a my się gnieździmy niczym na plaży we Władku, a nawet gorzej. Tam choć parawan w parawan, to jednak ścianą odgrodzeni!

No to teraz (w sensie wtedy)siedzimy w barze basenowym w hotelu obok, a że obsługa ta sama co u nas, zupełnie swojsko się czujemy. Nawet Owen się gdzieś pod nogami plącze.

Czytaliśmy, czytaliśmy i doszliśmy do wniosku, że standardowo w kwestii zwiedzania pójdziemy na żywioł, zwłaszcza, że autko mamy na 5 dni, a zapewne w dwa objedziemy wszystko. W końcu to tylko 42km z góry na dół ;)

23:20, putikandia78 , Wczasy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 maja 2011
Z - dzień piąty

Zwany też ADHDay

Iw-Elajjza mimo iż odgrażała się, że pokaże jak to się do południa śpi, wstała z samego rana i zrobiła 20 długości basenu. Taki stan rzeczy mógł mieć związek z ulokowanym w tymże basenie orgazmotronem ;). Następnie udała się na szoping materacowy i w końcu kolektywne sniadanko.
Wyposażeni w plecaki, parasol, biczę, materac i lodówkę, że o paletkach nie wspomnę, udaliśmy się na plażę, gdzie standardowo trenowaliśmy niestandardową piłkę wodno-siatkową, odbijanie paletkami i sztukę siadania na materacu. Mistrzem w tej dziedzinie jestem ja -Jadwiga :)))
Wietrzny to dzień, więć walczyliśmy też z uciekającym parasolem.
Po pysznościowym posiłku w przyplażowej knajpce udalismy się do hotelu i przy basenie gralismy w FARMERA, wzubdzając zainteresowanie i zazdrośćm wśród pozostałych gości. Dla odmiany wygrałam ja - Jadwiga. To był chyba mój dzień :)))
ewidentnie nosiło nas tego dnia, bo na kolację wylosowaliśmy knajpę na drugim końcu wsi, a nawet za nią. Ale warto było. Udało nam sie zdążyc przed tłumem i tym samym omineła nas kolejka oczekujących na wolny stolik. Poza tym ładnie i sympatycznie. Zarówno startery (krewety, grilowana watróbka i pieczywko czosnkowe), jak i dania główne były smakowite. Dodatkowym atutem były toalety wyposażone w zamek, choc należy ostrzec, że można się w nich zapętlić. Na koniec miło zaskoczył nas rachunek. Nie to , że był niski, po prostu w końcu go zrozumieliśmy ;)
Najedzeni, ale nie przejedzeni i w pozyytywnych nastrojach udaliśmy się na CRAZY GOLFA. Nieznajomość tematu nie specjalnie nam przeszkadzała, ot po prostu sami sobei zasady stworzyliśmy.
Teraz (w sensie wtedy) siedzimy na balkonie, oczywiście z wyciągniętymi nogami, a szczytem lenistwa jest lodówka stojąca przy tych wyciagniętych kończynach. Co będziemy chodzić...

Tu następuje jedna z nieliczych pisemnych wypowiedzi Krzysztofa, ale ni jak nie potrafie tego rozszyfrować od poczatku. Udało mi sie jedynie przemyslenia na temat bro. Uwaga, oto wypowiedź Krisa:
"Na Zakintos sprzedają estońskie piwo. Zaraz je spróbuję...Fuj!!!. Poza ładna butelką to nic ciekawego. Pojemność 0,3l ni w pizdę ni w oko. Nie mieszać z Amstelem"

Gramy w karaoke (tzn pewnie kalambury) z tytułami. Krzysztof miał "czar par" opowiedzieć i opowiedział - takie baby w średniowieczu latały i coś rzucały... Konsternacja śmiechem przeplatana :)
Inne hasła konkursowe: pingwiny z madagaskaru, odyseja kosmiczna 2000, nikogo nie ma w domu, daleko od noszy, predator, czuły barbarzyńca (tulu, tulu barbarzyńca ;)), dom wschodzacego słońca, on, ona i dzieciaki.

19:30, putikandia78 , Wczasy
Link Dodaj komentarz »
Z - dzień czwarty

Po prezentacji hotelowej postnowilismy wystąpić z naszą pseudosiatkówką przed szerszym gronem i pykaliśmy biczą na plaży.
Bicza jest bardzo rozchwytywana, tym razem zasadzili się na nią Polacy spod palmy.  Myśleli, że jest dobrem ogólnodostępnym. Chyba ich pogło.
Ogólnie dzień winny, bynajmniej nie dlatego, że wczoraj nie byliśmy w kościele ;). Iw wogóle stwierdziła, że na wino przechodzi, bo i dowcip jej się wyostrza i coś tam, coś tam.
W końcu doczekaliśmy się ouzo - endera. Oczywiście, że go nie wypiłam. Co tam ouzo, w wyniku niewiadomo jakich okoliczności trafiła nam sie darmowa karafka winka. Taki ender to ja rozumiem :)
No i zaklepaliśmy sobie autko, bedzie od czwartku.

18:56, putikandia78 , Wczasy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Zakrętos dzień 3

Podobno był to dzień międzynarodowy, ale któż to wie co skłoniło nas to takiego stwierdzenia.

Większość obcokrajowców myśli zapewne, że Magda to przekleństwo. Co nam jakieś podanie siatkarskie nie wyjdzie to mówimy: "Magda"-mając na myśli nieobecną z nami kuzynkę Magdalenę ;).
Cóż nie tylko Magda ma zły PR, ale również Owen.
Bicza została uprowadzona przez włosko-brytyjską bandę kidsów kidnaperów. Mało jej nie pękli, ale jakoś udało sie ja odzyskać, uff. Teraz pilnujemy.

Złote myśli kolektywu:
- słoma z butów, feta z uszu
- Koterski nakręcił fajny film "Dzień Świża"

Wieczorkiem udaliśmy się na pieszą wycieczkę plażą do Laganas ( troche to większy kombinat niz nasze Kalamaki i też z wieczora pęcznieje). Po drodze usiłowaliśmy namierzyć jakąś żółwią karetę, ale z marnym skutkiem. Na miejscu włoska uczta, bo po dwóch dniach znudziła nam się kuchnia grecka. Na wyspie sporo włoskich knajpeczek, bo i samych Włochów nie mało. No ale jakby z Polski było promowe połączenie, to kto wie, czy by co krok nie krzyczały na nas flaki i pyzy gorące ;)

Dzień trzeci okazał się być niedzielą świąteczną (15sierpnia), ale nie było gdzie się na modlitwę udać. No cóż nie ma kościoła, to się na plaży potańczyło. W końcu jako rzecze ewangelia: "zanim skręcisz do knajpy dojdź do morza", a nad morzem knajpki urocze...

23:36, putikandia78 , Wczasy
Link Komentarze (1) »
Zante dzień 2

Dzień drugi się zaczął, nie wiadomo kiedy się skończy (elastyczna doba pęcznieje niczym nasz kombinat ;)
Pod oknem kozo-owce sie wypasają, a na dodatek krowie dźwięki wydają. To taki tutejszy budzik (w zastępstwie koguta, który zapewne z osłami w Lindos wczasuje).
Mimo, że poczatek urlopu to nie ma opieprzania-opalania, jestesmy aktywni. Basenik, siatkówka, pchnięcie Jadwigą, pierwsze próby odbijania rakietkami (ale tą zabawę chyba na suchy ląd zachowamy).
Oprócz tego, że klima jest dziwna, to odkryliśmy, że kuchenka działa, no!

Kącik kulinarny: jedliśmy w knajpie opanowanej przez Włochów, tłoczno, gwarno, ale jakże miło. Elajza zamówiła zupe grzybową i mix fish - było pysznie i za dużo. Reszta kolektywu również zadowolona z jadła. Później trafiliśmy do Paolo'a - pierwszej knajpy, w której drzwi do toalety właściwej mają zasuwkę. Tutej też w ramach deseru 2/3 kolektywu skonsumowało watermelona, po czym radośnie już w pełnym składzie sobie ziewaliśmy ;)

Wnioski z dnia drugiego:
-piwo lane jest droższe od butelkowanego o 1euro
-nie dają ouzo na rozchodniaczka, co nawet cieszy (fanami tego trunku nie jesteśmy jakby ktoś się po poprzednich wakacjach nie zorientował)
-Magda nie potrafi grać w siatkówke wodną i to, że jej tu nie ma,  nie jest usprawiedliwieniem ;)
-Krzsztof w ciemnościach świeci moczem :)

23:08, putikandia78 , Wczasy
Link Dodaj komentarz »
Powrót do przeszłości, czyli Zakrętos dzień 1

Z lekkim opóźnieniem zaczynamy relację z wywczasu 2010 na Zakhyntos, Zakintos, Zakretos czy jakkolwiek. Na początek zaznaczę, że tym razem udaliśmy się na odpoczynek z najbliższego dostępnego portu lotniczego, czyli z Warszawy. Ale spokojnie w nadchodzące wakacje powracamy do tradycji zwiedzania polskich lotnisk ;)

Jako, że dzień był pierwszy opinia na temat wyspy mi sie jeszcze nie wyrobiła, niemniej jednak posypały sie wnioski początkowe:
- tu praktycznie wszystko jest w linie (??? zapewne jedna z miliona złotych myśli kolektywu, których znaczenia nikt nie obczaja włącznie z jej sprawcą )
- bye, bye mosquito (chyba jakiś ichniejszy lep)
- Krzysztof nie pamięta dzieciństwa (smutny to wniosek, ale z Iw robiłyśmy/robimy wszytko, żeby wspomnienia mu powróciły, jak nie jego własne, to chociaż nasze :)
Na wyspie i to już pierwszego dnia zrozumieliśmy w końcu pojecie "elastyczności". Im bliżej wieczora miasto nasze (hmmm jak ono się wlaściwie nazywalo????) pęcznieje w oczach. Z Koziej Wólki Małej robi się Big City Kozia Wola.

Kącik kulinarny: na śniadanie zjedliśmy obiad w DIOS i to była nasza pirwsza i ostatnia wizyta w tym lokalu: miecznika nie było, pieczywko to raczej idź po piwko i do tego pomykos po Mytos :(
W porze kolacyjnej trafilismy do Zante Bar/caffe i tam było pysznie. Talerz rybaka i fasola olbrzymia...

Odkryliśmy też nową miarkę - goździk. Od tej pory co knajpa to na goździka zmiast na jedno przysiadamy :))

Acha i był to dzień, w którym przestawaliśmy pisać wyraźnie ;))

22:43, putikandia78 , Wczasy
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20